Kociak z dziurą w głowie

27.05.2011

Jedna z naszych wolontariuszek – Ania, powiadomiła nas o kocie z dziurą w głowie, który błąkał się po osiedlu Powstań Narodowych w Poznaniu. Natychmiast zebraliśmy wszystko co mieliśmy pod ręką, żeby móc złapać kota i wraz z dwójką wolontariuszy pojechaliśmy na interwencję. To co zobaczyliśmy na miejscu zszokowało nas. Kot był naprawdę w złym stanie, z nosa i oczu leciała mu żółta wydzielina pomieszana z krwią, dusił się, a na czółku miał ogromną zaropiałą ranę. Próbowaliśmy złapać go, najpierw na jedzenie, co okazało się niemożliwe, ponieważ miał tak zatkany wydzieliną nosek, że z pewnością nie czuł zapachu karmy, również na walerianę nie zareagował w żaden sposób. Staraliśmy się zarzucić na niego specjalną siatkę, jednak kocur pomimo tak złego stanu bardzo szybko nam się wywinął. Postanowiliśmy zadzwonić po straż miejską, która po przyjeździe na miejsce zadzwoniła do schroniska dla zwierząt. Po jakimś czasie przyjechał pan ze schroniska, który próbował złapać kota, lecz w żaden sposób mu się to nie udawało. Kolejnej próby podjął się nasz wolontariusz, ale kot znów okazał się zwinniejszy. Próbowaliśmy złapać go wspólnymi siłami, aby jak najszybciej udzielić mu koniecznej pomocy, jednak ten dzień zakończył się nieudaną interwencją. Kot pobiegł w stronę ogródków i zniknął nam całkowicie z pola widzenia, zapadał już zmrok, więc dalsze poszukiwana okazały się bezskuteczne. Wróciliśmy do domów przygnębieni i rozczarowani tym, że nie udało się pomóc zwierzakowi.

02.06.2011

Tego dnia ponownie pojawił się kot z dziurą w głowie. Leżał na chodniku między blokami, był w okropnym stanie, znacznie gorszym niż kilka dni wcześniej, przechodnie niezainteresowani losem konającego kota omijali go wielkimi krokami. Był straszny upał, a nawet nikt nie przyniósł mu miseczki z wodą… Kiedy przyjechałyśmy, kocur leżał w krzakach w tragicznym stanie, siadały na nim muchy, ptaki próbowały go dziobać, lecz cały czas odganiała je nasza wolontariuszka Ania, która już wcześniej była na miejscu. Nie chciałyśmy pozwolić tak skonać kotu, postanowiłyśmy podjąć się złapania go i zawiezienia do weterynarza. Kiedy przystąpiłyśmy do działania, on gdzieś zniknął, jednak sprawdziłyśmy dokładnie po chwili udało nam się go złapać. Z pyszczka wyciekała wydzielina, dusił się nią, szybko wzięłyśmy go w koc i przełożyłyśmy do kartonowego pudła, aby zawieźć go do weterynarza, jednak w momencie kiedy zwierzak został przełożony do pudła przestał się całkowicie ruszać, zastygł. Nie potrafiłyśmy powstrzymać łez, ręce nam się trzęsły, ale nie mogłyśmy tak po prostu odejść. Postanowiłyśmy mimo wszystko pojechać do weterynarza, chciałyśmy być pewne. Weterynarz potwierdził nasze obawy, kotek praktycznie odszedł nam na rękach. U weterynarza okazało się, że ktoś musiał kotu strzelić w główkę z bliskiej odległości, dlatego miał tą okropną, zaropiałą dziurę w głowie. Nic dziwnego, że nie chciał nam zaufać i dać sobie pomóc, skoro to przez człowieka znalazł się w takim stanie. Biedny, naprawdę wiele wycierpiał przez okrucieństwo i obojętność ludzi, nam niestety nie udało się pomóc mu na czas. Odszedł w mękach, miejmy nadzieję, że tam gdzie teraz jest, będzie mu lepiej.


Zdjęcia są zbyt drastyczne, dlatego nie możemy ich tutaj udostępnić.